Twoje gry są gorsze od moich

Planszówkowe hobby prawie zawsze zaczyna się tak samo. Motyle w brzuchu, pierwsza radość z odkrycia zupełnie nowego lądu. Tak naprawdę jeden tytuł wystarcza i nie mamy potrzeby rozglądać się za innymi. Forum, grupy fb, BGG, to dla nas odległe galaktyki. Niektórym szczęściarzom to wystarcza. Od czasu do czasu jak przyjdą znajomi wyciągną Carcassonne czy Osadników i tyle. Piękne życie.

I can’t get no satisfaction, I can’t get no satisfaction’Cause I try and I try and I try and I tryI can’t get no, I can’t get no

Pechowcy jednak poczują ssanie. Nieodpartą chęć wyjścia poza bezpieczny murek i sprawdzenia, co tam jest? O co, tyle szumu? Wystawię głowę na chwilkę i wracam do Carcassonne. O, kupię jedną grę tak z ciekawości. Pozamiatane. Zza krzaka wypada złodziej, malkontent i Żyd. Czyli w dowolnej kolejności: fb, forum i BGG. Walą pałą przez łeb i do wora. Budzimy się na karuzeli. Spirala zakupów włącza pierwszy bieg. Carcassonne idzie w odstawkę bo my już dawno pływamy z rekinami tracąc czas i pieniądze na kolejne tytuły. Cześć z nas odkrywa: Bazzzar. Mityczną lokację, w której niegrane gry można spieniężyć! Karuzela przyspiesza jeszcze bardziej. Tytułów są miliony, chcemy spróbować wszystkich. Wokół nas pojawiają się inni wędrowcy tej dziwnej krainy, czasem z wyższym levelem.

Przynoszą swoje gry, my swoje. Karuzela wrzuca piątkę, gry migają nam co chwila inne. Więcej czasu schodzi na czytaniu instrukcji, wertowaniu podstron forum, czy BGG, niż samym graniu. Czasu na granie robi się coraz mniej bo w międzyczasie kończymy studia, pojawia się jakaś rodzina, a kolejne spotkania zaczynamy słowami: to jest trochę jak w tej grze co ją graliśmy tydzień temu ale ta jest fajniejsza bo… Z jednej strony to złoty okres planszówkowy. Poznajemy setki tytułów, klasyki, nowości, dziwaki, zaliczamy wszystko jak leci ale.. mijają lata i pojawia się też przesyt, poczucie powtarzalności i co gorsza wkrada się równanie doświadczenie = marudzenie. Część osób zaczyna mdlić i postanawiają wysiąść z tej karuzeli. U innych po prostu zabawa trwa dalej bo uwielbiają ciągłą rotację, są wiecznie głodni poznawania kolejnych gier.

U mnie wystąpiły nudności (to fajne słowo jest) i wyprzedałem wszystkie gry. Zostawiłem sobie tylko Wojnę o pierścień. Wspaniały dwuosobowy tytuł, który miał starczyć do emerytury. Okazało się jednak, że to było rozwiązanie tymczasowe. Po pół roku wrócił apetyt. Tym razem jednak nie miałem ochoty poznawać nowości ale odbudować kolekcję z tych tytułów, które znam i uznałem za najlepsze. Czas na granie kurczył się proporcjonalnie do nowo przybywających członków rodziny. Nie było opcji ogrywać wszystkiego, pozostała luka tylko na wyjątkowe tytuły. To ten moment, który wielu nazywa bucowaniem. Tak jest Panowie i Panie zostałem bucem (nie mylić z koneserem), takim co kręci nosem, wybrzydza, krytykuje bo przecież już tyle pograł to może mówić, że gry spoza wąskiej listy są słabe. Kwęczenie na inne, udowadnianie, że moje jest lepsze, ostra selekcja. Znacie to? Gdzieś na tym etapie znikają wartości, dla których powstały gry planszowe: radość ze wspólnego spędzenia czasu z fajnymi ludźmi, relaks i zabawa. Stajemy się zakładnikami własnych wyśrubowanych kryteriów, marudni, a co za tym idzie niezadowoleni ze spotkań.

Żeby było śmieszniej Ci co tak głośno krzyczą „buc! buc!” są po prostu po drugiej stronie bieguna, tam mieszkają buc-Eskimosi i krzyczą: Patrz jaka elita, nie siądzie już z nami przy słabej grze!!

Oczywiście wiele osób postuka się w głowę i powie: no ale to normalne bucu, że chcę grać w to co lubię!

I tu pojawia się jedno „ważne, ale to zajebiście ważne pytanie”. Co jest ważniejsze gry, czy ludzie?

Jak połączyć zmęczenie ogrywaniem wszystkiego, z chęcią pogrania w wyjątkowe tytuły i to jeszcze w doborowym towarzystwie?

Oczywiście każdy znajdzie swój złoty środek, ja wiem, że nie mogę się zafiksować na jedną ze stron. Będę naciskał tylko na swoje tytuły to zostanie mi granie solo. Będę dalej ogrywał wszystko jak leci to każde spotkanie mimo fajnych ludzi będzie mnie nudziło. Czy można to pogodzić? U nas dobrze sprawdza się zasada 1 tytuł na gracza. Takie niespisane, dżentelmeńskie założenie, oczywiście bardzo elastyczne ale dające szanse zadowolić wszystkich przy stole. To jednak nie zmieni nastawienia z jakim siadamy do stołu.

W każdym hobby przychodzi okres zmęczenia, i znudzenia, spada entuzjazm. Mija pierwsza fala? Pora wskoczyć na inną. Dopasować się do sytuacji podnieść poprzeczkę, obniżyć poprzeczkę, zrobić wszystko żeby czerpać radość ze wspólnego spotkania. Czasem jest to wyjście do nowej grupy, czasem reset kolekcji, coś co pozwoli nam zakochać się na nowo.

Ktoś z Was dotarł do końca? Hehe, Ty cwaniaczku widzę, że odrazu zjechałeś do ostatniej części, to nie recenzja przecież!

Jeśli to czytasz to może dostrzegasz pewne symptomy u siebie. Zmęczenie, frustrację, chęć mówienia innym, w co mają grać? Warto się wtedy zatrzymać i zadać sobie te jedno „ważne, bardzo pytanie”. Jasne promuj dobre gry, zachęcaj, pokazuj, ale nie zmuszaj. Tylko grając w gry dobre i mniej dobre nabieramy doświadczenia, żadna super-recenzja czy koleżeńska rada tego nie przeskoczy. Jak to mówią reklamy czekolad dzielmy się tym, co dobre ale pamiętajmy że na końcu ludzie są ważniejsi od tektury i drewna (a plastiku to w ogóle nie lubię).

One Reply to “Twoje gry są gorsze od moich”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *